Felieton

Dlaczego w Niemczech nie ma referendum?

Dopóki nie potrafimy nakarmić ludu i przywrócić mu poczucia sensu, odwołując się do demokracji bezpośredniej oddajemy władzę faszystom.

Po wydarzeniach 11 listopada w Warszawie nie będę pytał ministra Sienkiewicza, dlaczego to nie on przyszedł po narodowców do Białegostoku czy Wrocławia, ale oni po niego do Warszawy. To by było zbyt łatwe. Tym bardziej, że procedurę odwoływania Sienkiewicza rozpoczął już w dzisiejszym RMF Konrad Piasecki, żeby w stylu klasycznym dla oportunistycznych konserwatystów z mainstreamowych mediów osłaniać każdą prawicę, choćby najbardziej skrajną, przerzucając wszelką odpowiedzialność za jej działania na jej przeciwników. W ten sposób narodowcom uda się być może w tym roku wykończyć szefa MSW, którego wyjątkowo nie lubią, tak jak dwa lata temu udało im się wykończyć Nowy Wspaniały Świat. Za każdym razem, bez względu na to, co zrobią, oni będą rośli, a ich przeciwnicy będą obrywali. Przy wtórze chaotycznych wzajemnych oskarżeń po drugiej, liberalnej i lewicowej stronie. 

Podobnie jak pytanie, kto po kogo przyszedł w Warszawie, zbyt łatwe byłoby również pytanie, dlaczego liderzy różnych lewicowych środowisk podpisali właśnie wraz z faszystami wezwanie do zorganizowania referendum przygotowanego przez polską odmianę Tea Party, czyli ruch „Ratujmy maluchy” państwa Elbanowskich. Wolę zatem przy okazji tej warszawskiej próby do Kryształowej Nocy postawić inne pytanie, dlaczego w Niemczech po wojnie wprowadzono zakaz organizowania referendów na szczeblu ogólnokrajowym (referenda lokalne są tam legalne i mają się dobrze)? Pytanie retoryczne, skoro wcześniejsze niemieckie referenda ogólnokrajowe odbyły się w roku 1934, kiedy 89,93% głosujących opowiedziało się za przekazaniem kanclerzowi nieograniczonej władzy, w 1935 roku, kiedy jego uczestnicy równie przytłaczającą większością wsparli remilitaryzację Nadrenii, a wreszcie w 1938 roku, kiedy jego uczestnicy nieomalże jednogłośnie (99%) potwierdzili Anschluss Austrii.  

Może właśnie dlatego Niemcy pamiętają, że demokracja bezpośrednia jest tylko instrumentem, można ten instrument wykorzystać do rzeczy złych i do rzeczy dobrych. Lud najedzony i dumny w demokracji bezpośredniej może się okazać wspaniałomyślny dla jednostek i mniejszości, lud upokorzony i głodny w demokracji bezpośredniej zniszczy prawa jednostek i mniejszości. Dopóki nie potrafimy nakarmić ludu i przywrócić mu poczucia sensu, odwołując się do demokracji bezpośredniej oddajemy władzę faszystom.

Ci, którzy dopatrują się w moich słowach paternalizmu, niech sami przedstawią formułę, która z tego paradoksu pozwoli wyjść, gdyż jeszcze raz pozwolę sobie powtórzyć: populizm tak samo nie zbliża nas do wyśnionej przez młodego Hegla „rozumności ludu”, jak nie zbliża nas do niej krótkowzroczny i pogardliwy elitaryzm.

Dziś nie Niemcy są Weimarem Europy (kryzys je nawet relatywnie wzmocnił), nie Niemcom zatem demokracja bezpośrednia (w przeciwieństwie do demokracji liberalnej, z ograniczeniami kadencyjności, instytucjonalizacji partyjnej, gwarancji minimalnych praw jednostek i mniejszości) zagraża. Najbardziej zagraża ona nowym pokryzysowym europejskim Weimarom. Anglii i Francji, których społeczeństwom globalny kryzys szokowo przypomniał, że dawno już nie są kolonialnymi imperiami. Ale także Polsce, która gospodarczo, a nawet społecznie nie znajduje się wcale w skrajnym upadku (głębsze upadki Polski nawet ja sam w moim krótkim 50-letnim życiu widziałem, szczaw z nasypu jadłem miksując go dla smaku z mirabelkami, gdyż zmysłowym dekadentem byłem od małego), jednak wciąż cierpi na patriotyczną dwubiegunówkę, nie wiedząc, czy jest dziadowskim państwem, czy regionalnym imperium.

We wszystkich tych nowych europejskich Weimarach, tak jak w Weimarze niemieckim z lat 30., lewica jest coraz bardziej bezradna, a prawica potężnieje i staje się coraz bardziej radykalna. Skoro lewica jest aż tak słaba, to warto, aby przestrzegała przynajmniej pewnego minimum odpowiedzialności. Nie przyłączajmy się do smoleńskiego tłumu na Krakowskim Przedmieściu ani nie podpisujmy wspólnie z ONR-owcami apeli o poszerzenie obszaru „demokracji bezpośredniej” w kraju, w którym nawet demokracja liberalna jest wciąż zbyt słaba, żeby osłonić prawa mniejszości i jednostek. A już szczególnie nie róbmy tego wyłącznie po to, aby zrobić na złość „liberalnym opresorom z PO”, nawet jeśli przed niechęcią wobec „liberalnych opresorów z PO” nie możemy się już powstrzymać przy żadnej okazji. Nie stworzyliśmy żadnej silnej partii, nie mamy żadnego wpływu na władzę i nikły wpływ na społeczeństwo, nie potrafimy jeszcze politycznie pomóc ludziom, których chcemy chronić, nie pomagajmy przynajmniej ich prześladowcom.

Agnieszko Grzybek, Janie Śpiewaku… na razie nie obronicie (nie obronimy) w tym kraju żadnej mniejszości; na razie nie obronicie (nie obronimy) przed postulatami państwa Elbnowskich sześciolatków, które naprawdę potrzebują w Polsce szkoły publicznej; na razie nie obronicie (nie obronimy) żadnej jednostki ani żadnej grupy społecznej przed wyrażoną w demokracji bezpośredniej wolą prawicowego i katolickiego ludu. Nie obronicie (nie obronimy), bo wciąż jesteście (jesteśmy) beznadziejnie słabi. Dopóki zatem jesteście (jesteśmy) tak beznadziejnie słabi, ja będę zawsze chwalił wszelkie zapośredniczenia – kadencyjne, partyjne, liberalne – demokracji w Polsce. Bo tylko one – a nie wy (my) – są w tym kraju gwarancją resztek choćby praw kobiet, resztek choćby praw mniejszości seksualnych, resztek choćby moich praw jako jednostki pragnącej liberalnej modernizacji, a nie sarmackiej reakcji używającej na swój własny temat określenia „republikanizm”, mimo że z tym pojęciem nie ma nic wspólnego, tak jak nie miała z nim nic wspólnego w czasach liberum veto i sejmikowych hord, które same siebie nazywały „partiami”.

Do referendów „odwoławczych” i „demolujących” w Polsce zniechęca mnie także doświadczenie historyczne. Otóż przez blisko dwa wieki w I RP odbywało się nieustające referendum – kiesami, szablami, nogami – na temat tego, czy wzmacniać władzę państwową, czy ją osłabiać; czy płacić podatki na armię, czy uciekać do podatkowych rajów własnych majątków i mająteczków; czy przyznawać jakiekolwiek prawa chłopskim niewolnikom, czy utrzymywać ich w stanie niewolnictwa. W wyniku tego nieustającego, zawsze „wygrywanego przez naród” referendum „odwoławczego” i „demolującego”, Polska została na całą praktycznie nowoczesność pozbawiona państwa, własnych instytucji politycznych i wielu istotnych własnych instytucji społecznych. Polski Naród (owszem, taka tożsamość istnieje) został przez to skaleczony duchowo, bardzo głęboko, być może nieodwracalnie. Został skaleczony słabością, w której poczucie siły odzyskuje jedynie odreagowując się na jeszcze słabszych od siebie. A dopóki Polski Naród się z tego nie wyleczy, populizm będzie w tym kraju nie emancypacją, ale wyłącznie zgodą na przemoc.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.