Felieton

Społeczeństwo polityczne zastępuje społeczeństwo obywatelskie

czarny-protest

Idea apolitycznego społeczeństwa obywatelskiego mogła mieć pewne uzasadnienie w latach 90. Dziś na scenę wkracza społeczeństwo polityczne.

Od lat spotykam, w całej w Polsce i Europie aktywistów – ludzi działających w organizacjach pozarządowych, ruchach społecznych, środowiskach nieformalnych czy instytucjach kultury. Niektórzy pracują w profesjonalnych zachodnich NGO-sach przypominających korporacje, inni działają w zeskłotowanych teatrach czy zajętych fabrykach (które na południu Europy nazywa się „okupowanymi”). Dużo rozmawiamy o naszej działalności, o zaangażowaniu, o celach. Ostatnio coraz częściej o polityce. Wygląda bowiem na to, że czas społeczeństwa obywatelskiego działającego obok, a czasem wręcz w separacji od polityki, właśnie się kończy.

Zachować cnotę w NGO-sach

Społeczeństwo obywatelskie to świetna idea. W doskonale liberalno-demokratycznym świecie, w którym parlament realnie reprezentuje społeczeństwo w jego różnorodności, gdzie w polityce (oraz między polityką a biznesem) nie kręcą się wiecznie te same osoby i gdzie partie artykułują interesy i rozwijają idee (choćby traktując serio to, co im podpowiedzą partyjne think tanki), a nie wciskają obywatelom codzienny kit zwany medialnym przekazem dnia – tam społeczeństwo obywatelskie ma wielkie pole do popisu.

Może tworzyć przestrzeń dla zaangażowania ludzi w obronę różnych wartości, w patrzenie władzy politycznej na ręce (organizacje strażnicze, ekologiczne, feministyczne czy pracujące na rzecz równości społecznej w takim układzie alarmują o problemie, mobilizują obywateli, a politycy, światli czy nie, zmuszeni są podchwycić temat). Może też stowarzyszać hobbystów i miłośników swej okolicy. Wszystko to mogłoby czynić społeczeństwo obywatelskie w idealnym świecie, ale tak się złożyło, że to nie w nim żyjemy.

W naszym świecie, co widać wyraźnie choćby w Polsce, organizacje społeczne – te, które mają formalne ciała, a więc NGO-sy, ale też te, które działają nieformalnie – sprowadzono do roli łatacza dziur tam, gdzie państwo skapitulowało. Aktywiści i społecznicy zajmują się więc pracą z dzieciakami z trudnych dzielnic, opieką nad niepełnosprawnymi czy wyrównywaniem edukacyjnych szans. Miasto albo odpowiednie ministerstwo czasem im nawet pomoże i sypnie groszem, gdyż się to miastu czy państwu po prostu opłaca – aktywiści zazwyczaj zrobią więcej za mniej.

Łętowska: Tego „wygaszenia” już się nie da odkręcić

Jednocześnie w tym naszym świecie obrzydzono nam politykę (a może sama się nam obrzydziła, żeby nikt przyzwoity się do niej nie pchał?). Społeczeństwo obywatelskie miało być niepolityczne, a nawet trzymać się od polityki z daleka. To nawet logiczne, skoro w latach 90.  mogliśmy już mieć w Polsce prawdziwą politykę, demokratyczne wybory i samorząd blisko ludzi… Nastąpił zatem podział pracy. Teoretycznie miał sens. Niestety, coś poszło nie tak. Polityka zmieniła się w medialny show, a społeczne stowarzyszenia i fundacje zapadły na chorobę ngoizacji grantoidalnej.

Szalę w naszym kraju przeważyło dojście do władzy PiS (na Węgrzech Orbana). Czas „niewinności” i apolityczności się skończył.

Miasto jest nasze, Zagrzeb jest nasz

Spotykani przez mnie ludzie działający w ruchach społecznych i organizacjach za granicą opowiadają, jak wiele lat pracowali na to, by stworzyć warunki dla prowadzonych dziś działań. Znajomi z Chorwacji doprowadzili do powołania fundacji Kultura Nova, która ma wspierać organizacje społeczne pracujące w sektorze kultury. Przekonali Ministerstwo Kultury, żeby ich wsparło. W Zagrzebiu powstała też Pogon – centrum kultury niezależnej, które jest publiczną instytucją non-profit zajmującą się kulturą i opierającą się na nowatorskim modelu partnerstwa obywatelsko-publicznego. Założyli Pogon i zarządzają nim aktywiści z sojuszu organizacji o nazwie Operacija:Grad oraz miasto Zagrzeb. Zazdrościłam ekipie z chorwackiej stolicy, gdy pokazywali mi wszystkie te organizacje, ale też niezależne przestrzenie, jak Jedinstvo, miejsca stworzone po to, żeby każdy, kto chce, mógł w nich zrobić festiwal, debatę, wystawę. Z czasem okazało się jednak, że moi znajomi mogli się urobić po łokcie, ale zawsze może przyjść nowa władza i wszystko rozpirzyć w drobny mak. „Wszystko co artyści i przedstawiciele sektora kultury zbudowali przez lata zostało zniszczone w tydzień” mówili.

Zagrzeb już (prawie) lewacki

Wiosną tego roku znów spotkałam kolegę z Zagrzebia. Podekscytowany opowiadał, że ekipa działaczy idzie do wyborów, że już nie wystarczy „robienie w społeczeństwie obywatelskim”. W maju Zagreb je nas zdobył 8% głosów w lokalnych wyborach.

Podobne historie opowiadali znajomi z Barcelony. W ich przypadku duże znaczenie mobilizacyjne miał kryzys ekonomiczny. Dziś część z nich robi lokalną politykę po tym, jak Barcelona en Comu weszła w skład lokalnych władz. Ekipa z Zagrzebia inspirowała się i była wspierana przez znajomych z Barcelony. Po paru latach pracy jest w tym środowisku coraz więcej kontaktów i wzajemnej pomocy.

Kolega z DiEM25 Srećko Horvat mówił Krytyce Politycznej: – Wyraźnie zainspirowana doświadczeniami Barcelona en Comu i innymi „zbuntowanymi miastami”, koalicja Zagreb je NAŠ nie tylko odzyskuje nową i radykalną politykę dla całej Chorwacji, ale udowadnia też możliwość czegoś, co wydawało się dotąd na Bałkanach niewyobrażalne: zbudowania szerokiego frontu koalicyjnego i pojednania aż 5 nowych partii politycznych, od zielonych przez antykapitalistów po lewicowych liberałów.

W Rumunii z kolei powstała platforma Demos, która ma ambicje wejścia do polityki partyjnej. „Uważamy, że w celu realizacji naszego programu politycznego i wsparcia naszych wartości, musimy mieć oba kanały: partię polityczną i aktywność społeczną” mówiła Andreea Petruț z Demos. I dodawała, że „Wielu z członków naszej platformy organizowało, brało udział lub przynajmniej wspierało te protesty.” A czemu się organizują? Bo „sytuacja polityczna w Rumunii zaczyna być coraz bardziej toksyczna”.

Atak na trzeci sektor – jak się bronić?

Pamiętamy, jak ruchy miejskie poszły do wyborów w Polsce. Poszły, bo i tam część działaczy miała poczucie, że tylko tak można coś zmienić, że tylko tak można przenieść swoje propozycje z worka „dobre pomysły” do worka z napisem „plan zagospodarowania”. Tyle że część ruchów miejskich w Polsce bardzo chciała być „niepolityczna”. Choć szli do wyborów samorządowych, chcieli być „obok polityki”, trudno więc zgadnąć, co przez to rozumieli. Może tyle, że unikano rozmowy o polityce, czyli np. o tym, jakie mamy na serio poglądy. Skończyło się tak, że kolejni radni warszawscy, po tym jak Miasto Jest Nasze wprowadziło ich do władz lokalnych, opuszczali jeden po drugim swego lidera Jana Śpiewaka. Aż w końcu – jakby mu to Kaczmarski przepowiedział – w Śródmieściu Śpiewak był sam.

Samo się nie zrobi

Znamy wszyscy neoliberalną opowieść, która głosi, że jak bogaci będą jeszcze bogatsi to dobrobyt w magiczny, a przynajmniej automatyczny sposób spłynie ze szczytów na mniej bogatych, a nawet na tych całkiem biednych. Tak się jednak nie stało i nie stanie. Podobnie jest z magicznym myśleniem o społeczeństwie obywatelskim. Możemy stworzyć setki, a nawet tysiące świetnych lokalnych inicjatyw – kulturalnych, przypominających zapomnianą historię, testujących alternatywne rozwiązania ekonomiczne. Ale doświadczenia i efekty tych działań nie dotrą mocą żadnego automatyzmu do parlamentu, gdzie pisze się ustawy, ani do ratusza, gdzie planuje się, jak będzie działać miasto, ani też do Parlamentu Europejskiego czy Komisji Europejskiej, gdzie tworzy się ramy prawne dla działania UE i jej członków. Samo się nie zrobi – jak głosiło wspaniałe i bardzo mądre hasło krakowskiej manify.

G.M. Tamas: Kiedyś mieliśmy odpowiedź na społeczne katastrofy. Nazywała się polityka

Opowiadałam tę historię na European Commons Assembly, które odbyło się w listopadzie zeszłego roku w Parlamencie Europejskim. Do Brukseli przyjechali działacze zajmujący się „commonsami” (jeden z najmodniejszych tematów ostatnich lat – dobra wspólne, takie jak przestrzeń w mieście, ale też jak dostępne mieszkania, kultura, czy choćby wszystkie skate parki budowane przez lokalne społeczności lub ogródki miejskie zakładane przez aktywistów). Ponieważ w PE powstała intergrupa zajmująca się „commonsami”, możliwe było doprowadzenie właśnie do tego dużego spotkania w Brukseli. Oczywiście dużo opowiadaliśmy o swoich doświadczeniach, pokazywaliśmy slajdy ze zdjęciami wszystkich tych świetnych inicjatyw, ale wieczorem coś pękło. Organizatorzy zaprosili mnie i Lorenzo Marsiliego, żebyśmy spotkali się z uczestnikami Commons Assembly. Obydwoje jesteśmy członkami Kolektywu Koordynującego w DiEM25. Na wieczornym spotkaniu okazało się, że ci, którzy dotąd mówili o jednostkowych doświadczeniach „działackich”, teraz chcą pogadać o tym, że będzie Brexit, że wybory wygrał Trump, a populizm rośnie w siłę – i co z tym fantem zrobić. Wielu powtarzało, że nie zajmuje się polityką, że tematyka „commonsów” nie jest lewicowa czy prawicowa (choć jest lewicowa, sorry Winnetou). Ale i tak widać było, że nie da się już od rozmowy o polityce uciec. Jak wiadomo, możemy nie interesować się polityką tylko tak długo, aż polityka nie zainteresuje się nami.

Rząd PiS atakuje każdy przejaw swobody myślenia i niezależności. Pora na bunt instytucji

Podobnie dzieje się w Polsce. Koalicja organizacji pozarządowych zaczęła się domagać, żeby Komisja Europejska zastosowała wobec Polski Artykuł 7 Traktatu o Unii Europejskiej. W rozmowie z Krytyką Polityczną Draginja Nadażdin z Amnesty International mówiła: – Nie damy się uciszyć i zastraszyć oskarżeniem, że donosimy. Krytykujemy sytuację, która wymaga krytyki. Wtórowali jej dr Krzysztof Śmiszek z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, Danuta Przywara z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Maria Ejchart-Dubois ze Stowarzyszenia im. prof. Zbigniewa Hołdy.

Organizacje, które dotąd raczej nie krytykowały bezpośrednio działań władzy, choć starały się oczywiście wpływać na to, co się dzieje w Polsce, jednoznacznie opowiedziały się przeciwko polityce polskiego rządu. Władza nie pozostała dłużna i zaczęła atakować NGOsy. To typowe dla populistów, o czym świetnie pisze w książce Co to jest populizm? Jan-Werner Müller, a co swą niedawną ustawą o „agentach zagranicy” ilustruje Viktor Orban.

Mam wrażenie, że przez lata układ między politykami a społeczeństwem obywatelskim był jasny. Politycy nie tykali NGO-sów jak długo te odwalały robotę, której państwu nie chciało się robić. A NGOsy nie tykały za bardzo polityków, bo wiadomo było, że jak przyjdzie co do czego, trzeba będzie z nimi jakoś współpracować. Było to politykom na rękę – szczególnie mniejsze organizacje, które często dostawały pieniądze na działania z określonego ministerstwa czy lokalnego samorządu nie bardzo mogły sobie pozwolić na to, by iść z władzą na wojnę. Od lat 90. ten specyficzny podział pracy się utrwalał, choć ostatecznie okazało się, że organizacje pozarządowe wzięły na siebie więcej zadań niż powinny.

Nie ma podręcznika zwalczania populizmu w weekend

Ostatecznie sytuacja polityczna, która zaczęła „być toksyczna”, jak mówią Rumuni, rozczarowanie brakiem zmian i ogóle wkurzenie wzięły górę. Bo ile można robić debaty, warsztaty, festiwale, pisać raporty? 25 lat pracy a efektów tyle, co kot napłakał. Rzucono nam jakieś ochłapy – budżety partycypacyjne, kwoty na listach wyborczych, pakt dla kultury. Parę osób ze środowiska zatrudniono w instytucjach publicznych i ratuszach. Świetnie, bo od aktywistów samorządowcy mogą się dużo nauczyć, zresztą ze wzajemnością. Ale to wszystko niewiele, biorąc pod uwagę wyzwania. A kiedy do władzy doszedł PiS okazało się, że nawet na ochłapy nie można już liczyć, a trzeci sektor – z wyjątkiem tego „słusznego” – z upierdliwego petenta staje się dla władzy jawnym wrogiem.

Zakwestionować „apolityczność”

Na łamach ngo.pl toczy się ciekawa dyskusja o tym, czy NGO-sy powinny iść do polityki. Jan Mencwel przypomniał w niej, że „zakładana z góry „apolityczność” działań społecznych jest jednym z kamieni węgielnych trzeciego sektora w Polsce. Warto jednak pamiętać, że ów kamień węgielny – jak i całe fundamenty – kładziono w specyficznym okresie i z tego względu budowla ta nie jest wolna od «ducha czasów», w jakich powstawała.” Dalej pisze: „W efekcie powstało z gruntu fałszywe i szkodliwe nie tylko dla trzeciego sektora, ale i dla kształtu debaty publicznej przekonanie, że działalność społeczną i «polityczną» dzieli wyraźna etyczna bariera – ta pierwsza jest czysta, nieskazitelna i bezinteresowna, podczas gdy ta druga to brudna gra, w której chodzi wyłącznie o tak zwany «interes polityczny», a realne cele społeczne to tylko waluta, którą można przehandlować za ten interes”.

Świetlik o NGO: Szumnym hasłom towarzyszy głęboka hipokryzja [rozmowa]

W dyskusji o NGO-sach i ich politycznym zwrocie nie chodzi koniecznie o to, żeby każda organizacja pozarządowa założyła partię polityczną lub do którejś wstąpiła, albo że wszyscy przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego mają od teraz kandydować w wyborach. Rzecz w tym, żeby – jak słusznie pisze Mencwel – „zakwestionować «apolityczność» jako najwyższą cnotę działacza społecznego”.

To kwestionowanie apolityczności już się dokonuje. W Barcelonie, Zagrzebiu i, jak widać, także w Polsce. Dzieje się to, co w Krytyce Politycznej, inspirowani między innymi książką Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie Pawła Załęskiego chcemy nazywać przejściem od społeczeństwa obywatelskiego do społeczeństwa politycznego. Kiedy Fundacja im. Friedricha Eberta zaprosiła nas do wspólnego tworzenia Akademii Demokracji Socjalnej Michał Sutowski zaproponował, żebyśmy rozmawiali tam właśnie o społeczeństwie politycznym. Fundacja partyjna zaprosiła organizacje pozarządowe do „zwarsztatowania” aktywistów, członków partii politycznych i jedna z tych organizacji (bo formalnie KP działa, jako organizacja pozarządowa) zaproponowała jako kategorię organizującą właśnie „społeczeństwo obywatelskie”, czyli to, co dziś dzieje się ze społeczeństwem i wobec czego zarówno partie polityczne, jak i organizacje pozarządowe się sytuują.

Kiedy 15 lat temu wydaliśmy pierwszy numer „Krytyki Politycznej” i w nazwie użyliśmy tego okropnego słowa „polityczna”, pukano się w głowę. Polityczna to może być partia – słyszeliśmy. Pewnie dlatego Sławek Sierakowski przez 10 lat musiał w wywiadach odpowiadać na pytanie, kiedy w końcu założymy partię. Nie założyliśmy. Ale część z nas poszła do polityki. Jesteśmy w partiach, pracujemy w urzędach miast, startujemy w wyborach. Polityczność wtedy rozumieliśmy szeroko i tak widzimy ją dziś – jako sferę wpływu na życie publiczne i społeczne wywieranego różnymi środkami.

Lipszyc: Możemy strzelać do zarządów NGO-sów. Tylko po co? [rozmowa]

Trzy miesiące temu w Rzymie ruch DiEM25 zaprezentował program Europejskiego Nowego Ładu. Miesiąc temu w Berlinie Janis Warufakis zapowiedział, że jeśli będzie trzeba, ludzie z DiEM25 są gotowi iść z tym programem do wyborów. Bo DiEM25 to nie think tank, który pisze program, publikuje go na stronie internetowej i czeka, aż ktoś po niego sięgnie. Czy DiEM25 założy międzynarodową partię, o tym zdecydują jego członkowie. Rozmawiałam z nimi w Berlinie. Część ma wątpliwości, część wręcz przeciwnie. Ale widać wyraźnie, że rozmowa o zmianach w Europie, to już nie jest rozmowa, w której słowo „polityka” i „obywatele” nie mogą paść w jednym zdaniu. To rozmowa o wejściu w politykę, ale na nowych, przez obywateli kreślonych zasadach.

Idea apolitycznego społeczeństwa obywatelskiego mogła mieć pewne uzasadnienie w latach 90. W Krytyce Politycznej, odkąd działamy, patrzyliśmy na nią krzywo i apolityczność uważaliśmy za ściemę. Dziś idea społeczeństwa obywatelskiego wyraźnie się wyczerpała. Nie pasuje do obecnego „ducha czasu”. Na scenę wkracza dziś społeczeństwo polityczne. W części Europy zajęło już miejsce we władzach samorządowych, gdzie indziej szykuje się do wyborów parlamentarnych. Igor Stokfiszewski opisał kiedyś „zwrot polityczny” w kulturze. Czas opisać zwrot polityczny w społeczeństwie obywatelskim.

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Jacek Realista

Zgadzam się w stu procentach: KP, NGO-sy, ruchy miejskie i w ogóle wszystkie organizacje, które chcą zmian powinny startować w wyborach (wszystko jedno: wspólnie czy osobno) i poddać się demokratycznej weryfikacji. Na pewno będą wygrywać 😉

50% minimum. 😉

Zgadzam się absolutnie. Szczególnie rzuca się w oczy ta spoistość ideologiczna feministek, ekologów, lokatorów, artystów, spółdzielców, grup wspierających mniejszości seksualne oraz uchodźców - taki progresywny monolit musi wygrać!

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!