Felieton

„Gwiazdy” świecą po nic

Gwiazdy

Jak zmarnować historię o niespełnionej legendzie polskiej piłki?

Nie wiem, jak często się wam zdarza, że oglądacie film i zastanawiacie się, po co ktoś wam opowiada tę historię. Mnie zdarzyło się to, kiedy oglądałam film Gwiazdy Jana Kidawy-Błońskiego. Ten rodzaj zdziwienia to nie pytanie siebie, po co ja oglądam coś, co wydaje mi się złe, beznadziejne, jako komedia nieśmieszne, jako dramat niedramatyczne czy jako thriller nietrzymające w napięciu. Gwiazdy nie mają ani powalać humorem, ani zadziwiać formą. Mają opowiedzieć historię inspirowaną losami piłkarza Jana Banasia. I tu właśnie pojawia się pytanie – czemu tę historię warto opowiedzieć? Nie, nie historię Banasia, ale tę, która opowiada inspirowany nią film.

Filmowego Banasia poznajemy, kiedy jest młodym facetem. Zostaje zatrzymany na stadionie. Prawdopodobnie sprzedał komuś kosę – widzimy tylko upadający na ziemię zakrwawiony nóż i na komisariacie dowiadujemy się, że nóż ten należał do Banasia. Kiedyś należał. Od historii noża przechodzimy do historii Jana Banasia.

Matka Polka, ojciec Niemiec

Urodził się w Berlinie w roku 1943. Jego ojciec, tak jak on, był piłkarzem, chyba dobrym. Za to ojcem raczej za dobrym nie był. Ciężarna matka Banasia tuż przed porodem odwiedza jego ojca we wspomnianym Berlinie, ale przyszły tata nie wita jej z otwartymi ramionami. Matka Polka, ojciec Niemiec, wojna się kończy – może to jest właśnie ten temat, może tu będzie intryga, która ciągnie tę opowieść – myślę i rozsiadam się w kinowym fotelu.

No i rzeczywiście od tej wielokulturowości się zaczyna. Bohaterowie mówią to po niemiecku, to po polsku, to po śląsku. Historia sprawiła, że zaplątani są w relacje polityczne, które ich kompletnie nie obchodzą. Banaś ma w nosie politykę. Chce grać w piłkę. Ale jak wiadomo, możesz się polityką nie interesować, a polityka i tak zainteresuje się tobą. Ta polityka to PRL. W PRL-u jest miejsce na przyjaźń polsko-radziecką, ale o polsko-niemieckiej zapomnijcie. Banasiowi trochę się więc za te niemieckie korzenie obrywa. Ale nie na tyle, żeby był to główny temat filmu, więc wiercę się w fotelu kinowym i czekam na inny wątek, który udźwignie całą opowieść. Wtedy pojawia się piłka nożna i miłość.

Miłość i piłka nożna

Dzieciństwo Banaś spędza, kopiąc z kolegą piłkę na podwórku. Poznajemy też narzeczonego matki chłopaka (Magdalena Cielecka) i jego córkę, Marlenkę. Kolega, Ginter, i Marlenka będą ważni dla Banasia – z kolegą rywalizuje o pozycję w drużynie piłkarskiej i o Marylkę. Obaj panowie są dobrymi napastnikami, więc rywalizacja między nimi jest zacięta i też trochę nieczysta. Z Marlenką sprawa jest skomplikowana – skoro tata dziewczyny jest narzeczonym matki Banasia, to Jan i Marlenka są w sumie jak brat i siostra, rosną więc szanse kolegi na poderwanie Marlenki.

No i to jest kolejny moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, czemu ta historia jest wyjątkowa. Bo zakładam, że Jan Banaś to ciekawa postać, skoro zrobiono o nim film. Tak, nie znam przebiegu jego piłkarskiej kariery. Gdybym znała, nie potrzebowałabym jakiejkolwiek narracji, tylko spijałabym słowa i obrazy z ekranu. Więc może to jest film tylko dla fanów?

Gwiazdy mogły być kinem sportowym, z długimi scenami pamiętnych meczów, w których orły Górskiego rządziły na boiskach Europy. Do tego orły te pochodzą z kraju oddzielonego od Europy żelazną kurtyną, więc jak tylko wyjeżdżają za granicę na mecz, wiozą ze sobą jakieś dobra na handel, a ponieważ są młodzi, to szaleją na tych wyjazdach co najmniej tak, jakby byli bohaterami amerykańskiej komedii o nastolatkach z high schoolu.

Gwiazdy nie idą w opowieść sportową – niby śledzimy karierę Banasia w kolejnych klubach i jego występy na kolejnych meczach, ale to nie awanse i puchary są tu osią opowieści. Film nie idzie też w opowieść o tym, jak trudne i skomplikowane są losy Banasia – byłby to może banał ze sportowego filmu o dzieciństwie bez ojca, trudach treningów po zachlanej nocy plus mielibyśmy wątek geopolityczny, ale nie mamy. Nie idą też Gwiazdy do końca w opowieść o miłości. Owszem, obserwujemy rywalizację między Banasiem (Mateusz Kościukiewicz) i jego kolegą (Sebastian Fabijański) o dziewczynę (Karolina Szymczak), która praktycznie nic nie mówi, jest ładna i marzy o karierze aktorskiej, ale w zasadzie nie jest pełnokrwistą postacią. Jest przedmiotem rywalizacji. I tyle. Trochę to za mało, żeby zbudować opowieść o skomplikowanej miłości, trójkącie, zdradzie i cierpieniu.

W związku z tym, że opowieść nie idzie w żadnym z tych kierunków, zdarza się, że nie wiemy nawet za bardzo, czemu coś się wydarza. Ginter, po tym, jak nie może kontynuować kariery piłkarskiej, zaczyna pracę w kopalni. Banaś  razem z kolegami z drużyny wpada na kopalnie raz na miesiąc po wypłatę – oficjalnie są jej pracownikami, a w nogę grają jako amatorzy. Przy kasie Janek spotyka Gintera. Idą na piwo. Ginter do kufla piwa dodaje wódkę – widać, że mu się nie udało. Po kilku minutach w kolejnej scenie widzimy go w wymuskanym stroju, kapeluszu, pracuje już w służbach. Jak to się stało? Kiedy? Cholera wie.

„Świetny film!” – mówi Zbigniew Boniek

W materiałach prasowych znalazłam wypowiedzi piłkarzy o filmie Gwiazdy. „Świetny film!” – mówi Zbigniew Boniek. „Zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu” – dodaje Arkadiusz Milik.

Reżyser filmu Jan Kidawa-Błoński mówi, że „robienie filmów to przede wszystkim opowiadanie ciekawych historii”. Zgadzam się z tym w stu procentach. Kłopot jest taki, że z filmu Gwiazdy wcale nie wynika, że historia, którą ów film opowiada, jest ciekawa.

Niby przyjemnie się ogląda sukcesy polskich piłkarzy na dużym ekranie. PRL w filmie też wygląda dobrze – festiwal w Sopocie, Krystyna Loska (w tej roli Grażyna Torbicka) i bohaterowie w kożuchach. Jest tu też trochę elementów łamiących ten szary PRL-owski obraz – czerwony sportowy samochód Banasia i jego kariera mają być promykiem słońca w tym śląskim szaroburyzmie. Niby jest blichtr, niby jest pasja, ale po co, jak – cholera wie.

Jeśli czegoś oczekuję od filmu takiego jak Gwiazdy, to że po jego obejrzeniu pomyślę: „Niezła historia”. Tym razem spotkał mnie zawód.

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Czasami jak się czegoś nie wie, to warto zapytać. Jest to film o śląskich losach, skomplikowanych, w każdym pokoleniu naznaczonych przez historię skazującą Ślązaków na status Polaków (Niemców), drugiej kategorii, i powodujących przemożną chęć powiedzenia tym wszystkim generałom, towarzyszom, działaczom: Skoczcie mi do rzyci! Niestety, to na ogół się nie udaje, co również widać w filmie. Ale poza tym jest to kawał, dobrego, komercyjnego kina, odwołującego się do dawnych sentymentów, piosenek Omegi, Dżemu i sportowych wzruszeń tamtych czasów. Czy aby to dostrzec, trzeba mieć swoje lata i pochodzić ze Śląska? Nie wydaje mi się.