Felieton

Wszystkie drogi prowadzą do Moskwy

Za sprawą Trumpa po raz pierwszy od czasów zimnej wojny w centrum amerykańskiej kampanii prezydenckiej znalazła się Rosja.

Donald Trump słynie z niekonsekwencji i programowych niespójności. Dlatego nie bardzo wiadomo dlaczego jego stanowisko akurat wobec Ukrainy jest tak bardzo określone, niepokoi się Matthew Rojansky, szef Kennan Institute, waszyngtońskiego ośrodka studiów nad Rosją. Dzięki Trumpowi Rosja od kilku tygodni odgrywa poważną rolę w amerykańskich wyborach prezydenckich 2016. Czegoś takiego nie widzieliśmy od czasów zimnej wojny.

Zaczęło się od wymiany grzeczności. Trump skomplementował Putina za bycie „silnym przywódcą” (w odróżnieniu od słabego Obamy), a z kolei Putin nazwał Trumpa „barwną” postacią, które to słowo amerykańscy dziennikarze niefortunnie przetłumaczyli jako „błyskotliwy” (bright). Zachwycony Trump, który od dawna próbuje się wbić na herbatkę na Kreml – o tym później – zakomunikował, że właściwie on i Putin są kumplami od czasów występu w tym samym odcinku programu publicystycznego „60 Minutes”. Problem w tym, że – jak szybko ustalili dziennikarze – rozmowę z Putinem i rozmowę z Trumpem do tego odcinka kręcono na dwóch różnych kontynentach.

Dyskusja nad powiązaniami Trumpa z Rosją nabrała rumieńców dzięki głupocie tego pierwszego w momencie, kiedy publicznie wezwał rosyjskich hakerów, odpowiedzialnych za wcześniejszą kradzież maili z serwera partii demokratycznej, żeby znaleźli zaginione 30 tysięcy maili z prywatnego serwera Hillary. Eksperci uważają, że wspomniani hakerzy działają albo na zlecenie, albo przy milczącej aprobacie Kremla, co oznaczałoby – i sztab wyborczy Hillary od razu to wykorzystał – że kandydat na prezydenta USA wzywa obce państwo do nielegalnej ingerencji w partyjne i polityczne struktury Waszyngtonu. Na efekty zaproszenia nie trzeba było długo czekać – podobno kilka dni temu rosyjscy hakerzy zaatakowali „New York Timesa”.

Tego, że w wyborach prezydenckich chodzi o coś więcej niż własny tyłek, Trump wydaje się nie dostrzegać.

Co więcej swoich niskich pobudek nawet nie stara się jakoś szczególnie ukrywać: „Lubię Putina, bo powiedział, że jestem genialny”. Obiecuje, że  „na pewno będziemy się dobrze dogadywać”, udowadniając tym samym, jak słabym jest negocjatorem (kradnę tę wyborną obserwację od Rojansky’ego) – już teraz podlizuje się Putinowi, sygnalizując ocieplenie stosunków w zamian za… no właśnie, w zamian za nic. Już na przedprezydenckim etapie widzimy więc, jak beznadziejnym politycznym graczem jest Trump – gdzież mu do cynicznej finezji Putina. W tym sensie Trump rzeczywiście ma szansę zostać agentem Kremla – nieświadomie oczywiście, w imię własnych niepolitycznych interesów. Anne Applebaum słusznie nazwała go „rosyjskim oligarchą”, czyli kimś, kto miesza politykę i biznes i – w odróżnieniu od innych polityków – niespecjalnie się z tym kryje.

Naturalnie, uwagę mediów przyciągnął również prorosyjski skład sztabu wyborczego Trumpa, gdzie przynajmniej trzech czołowych ludzi ma co najmniej dwuznaczne powiązania z Kremlem i/lub z wielkim rosyjskim biznesem.

1. Paul Manafort, który do niedawna był szefem całej kampanii, a którego teraz przezornie usunięto w cień, zasłynął z politycznego „doradzania” Janukowyczowi. Wziął za nie 12 milionów dolarów w gotówce. Manafort dopiero niedawno zwinął swój biznes z Kijowa.
2. Carter Page, doradca Trumpa do spraw „energii”, pracował w rosyjskim oddziale Merrill Lynch i „pomagał” przy najważniejszych transakcjach Gazpromu. Page określił politykę USA wobec Rosji jako prowokacyjną i nietrafioną, a politykę Departamentu Stanu wobec Ukrainy nazwał pochopną.
3. Michael Flynn, emerytowany generał i doradca Trumpa, który jest dumny z faktu, że jako pierwszy amerykański oficer został wpuszczony do kwatery GRU, udziela się za pieniądze w Russia Today.

Jeśli chodzi o rosyjskie interesy samego Trumpa, nie ma ich aż tak wiele, jakby republikański kandydat sobie tego życzył. I może w tym sęk. Może stąd właśnie biorą się jego kompleksy wobec Putina? Trump podobno już od roku 1987 bezskutecznie próbuje postawić w Moskwie jedną ze swoich słynnych wież, ale nie bardzo mu się to nie udaje. Udało mu się za to: uprawiać tam deweloperkę jako Trump Organization (rejestracja w Rosji od 2008 roku, trumpowskich spółek zarejestrowanych w Rosji jest kilka), współpracować z azersko-rosyjskim biznesmenem i deweloperem Arasem Agalarowem (którego Putin chyba lubi, bo odznaczył go jako wybitnego obywatela), a także zorganizować w Moskwie wybory Miss Universe 2013.

Pozytywne światło, w jakim rosyjskie media stawiają Trumpa, niewątpliwie wpływa na to, jak Rosjanie postrzegają amerykańskie wybory. Rosja jest jedynym krajem w Europie, gdzie obywatele kibicują Trumpowi, nie Hillary. Głównie dlatego, że – jak powtarzają za swoim przywódcą – Trump przynajmniej chce się dogadać i otwarcie mówi o polepszeniu stosunków na linii USA–Rosja.

Z kolei Ukraina słucha słów Trumpa z niepokojem. Reakcja republikanów na początek konfliktu rosyjsko-ukraińskiego była tradycyjnie zimnowojenna. Mitt Romney i John McCain chcieli nawet wysyłać Ukraińcom broń. Istnieją przesłanki, żeby domniemywać, że sztab wyborczy Trumpa od samego początku próbował łagodzić te zapędy, może nawet odpowiada za zmianę stanowiska republikanów. Zdaniem „Washington Post” Trump demoralizuje Rosję i Ukrainę, utwierdzając Putina w przekonaniu, że może zostać i na Ukrainie, i w Gruzji.

Wydaje się, że w zamian za lśniącą wieżę w centrum Moskwy, prezydent Trump jest gotów sprzedać Kremlowi nie tylko członków NATO (jeśli chcą amerykańskiej pomocy, niech zaczną płacić), poparcie dla rosyjskiej interwencji w Syrii i oczywiście – liberalizację istniejących sankcji. Putin musi być w siódmym niebie.

Zinn-Ludowa-historia-stanow

**Dziennik Opinii nr 249/2016 (1449)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA

Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.