Felieton

Nikt nie patrzy na Wall Street

Wilk z Wall Street

Niespójna polityka finansowa Trumpa z czasów kampanii nagle nabrała konkretów, a te konkrety to m.in. ludzie z... Goldman Sachs.

Po krótkiej reprymendzie w roku 2010 – pakiecie regulacyjnym Dodd-Frank, przelotnej modzie na nierówności społeczne, filmach Wilk z Wall Street i Big Short oraz po Berniem Sandersie – Wall Street znowu biega bez pieluchy. W dodatku Trump obiecuje im jeszcze więcej wolności i jeszcze więcej pieniędzy.

Trump wygrał tę prezydenturę deklarując gniew na elity – polityczne, co prawda, nie stricte finansowe, za które wziął się Sanders. Populizm Trumpa sprzedał się znacznie lepiej niż populizm Sandersa, bo kult bogactwa jest jednym z mitów założycielskich Ameryki. Dlatego krytyka kapitalizmu w jego najbardziej obrzydliwej formie idzie tutaj tak powoli. Mit „od pucybuta do milionera” jest wiecznie żywy i lepiej nie krytykować bogaczy, bo przecież w każdej chwili możesz stać się jednym z nich. Wystarczy zagrać na loterii albo wymyślić nowy Facebook. W amerykańskim umyśle własność i wolność to synonimy, a „teoria skapywania” wraca jak bumerang – uparcie i wbrew wszelkiej logice. Do tego dodajcie głębokie libertariańskie przekonanie, że produktywność to przedłużenie chciwości i że tylko chciwością można motywować innowacyjność.

O tych reformach Trumpa nigdy nie słyszeliście

Z drugiej strony – i z tym zgodzi się niemal każdy Amerykanin – niedostateczna odległość – fizyczna i symboliczna – od Wall Street to przecież największe przekleństwo Waszyngtonu. Czy to nie przeciwko temu sąsiedztwu protestowali Amerykanie, kiedy krzyczeli, żeby przymknąć Hillary za lukratywne przemówienia dla Goldman Sachs i nieprzejrzystość finansową w fundacji Clintonów?

Do złotego cielca Goldman Sachs zaraz wrócimy… Tymczasem warto przypomnieć, że Trump nigdy nie był popularny na Wall Street. Reprezentował zbyt duży element ryzyka nawet jak na wilka giełdy, o której wie mało. W ostatnich latach Deutsche Bank był jedynym, który nie odmówił mu pożyczki. Niemniej, w pierwszych dniach prezydentury giełda zareagowała pozytywnie. Akcje poszły w górę i trzymają się tam do teraz, czego nota bene nie da się powiedzieć o bardziej zachowawczych obligacjach. Wydaje się, że akceptując Trumpa jako mleko już rozlane, bankierzy (lwia część z nich to zarejestrowani demokraci) z ulgą przyjęli wiadomość, że finansami w nowej administracji będą zajmować się sami swoi.

Niespójna polityka finansowa Trumpa z czasów kampanii nagle nabrała konkretnych kolorów. Sekretarzem Skarbu został Steve Mnuchin – 17 lat w Goldman Sachs, a potem – typowe – własny hedge-fund. Sekretarzem Handlu został Wilbur Ross, „król bankructwa” skupujący bankrutujące fabryki i członek Kappa Beta Phi, sekretnego bractwa trzęsącego Wall Street. Gary Cohn (25 lat w Goldman Sachs) jest głównym doradcą ekonomicznym prezydenta i szefem Narodowej Rady Ekonomicznej. Dina Powell (10 lat w Goldman Sachs) pełni funkcję zastępcy doradcy do spraw bezpieczeństwa. Jest dobrą kumpelą Ivanki. Jay Clayton (prawnik Goldman Sachs), Carl Icahn, doradca od regulacji finansowych – zaraz mi ręka odpadnie, pełną listę można podziwiać tutaj… – wreszcie, żeby było zabawnie, Steve Bannon (5 lat w Goldman Sachs na jakimś podrzędnym, oczywiście, stanowisku). Radosne nastroje na Wall Street związane są/były przede wszystkim z planowaną reformą podatkową, „największą od czasów Reagana”, w ramach której podatek dla spółek i biznesów miałby zejść z 35% do… 15%.  Wszystko to oczywiście z troski o wyborców Trumpa i o miejsca pracy, które wrócą jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Brzmi surrealistycznie?

Pierwszym zderzeniem z realnością, która ostudziła entuzjazm wilków była nieudana próba obalenia Obamacare. To miał być pierwszy spektakularny ruch Trumpa, podatki miały iść na drugi ogień. Tymczasem okazało się, że republikański Kongres i republikański prezydent nie kooperują. Więcej, Trump ostro skrytykował tzw. The Freedom Caucus – fiskalnie konserwatywne skrzydło Izby Reprezentantów i zagroził, że jeśli się z nim nie dogadają, zacznie pracować z demokratami. Do tego dodajcie aferę pluskwową i oskarżenia rzucane na Obamę, groźby rozwiązania międzynarodowych umów handlowych i sugestie… wojny z Koreą Północną? Za dużo kontrowersji, afera z Rosją ciągnie się jak serial o Izaurze. Zaczyna być jasne, że ta administracja (unia Trump-Ryan-Bannon) nie potrafi nic załatwić. Jeśli nie udało się znieść znienawidzonego Obamacare, czy uda się znieść Dodd-Frank? Eksperci coraz częściej przebąkują, że nic się tu nie zgadza – nawet ta cudowna reforma podatkowa jest bez pokrycia, bo pogłębi dług publiczny z $20 do $27 bilionów. A gdzie tu hajs na obiecywaną infrastrukturę?

Niedawno nawet Wall Street Journal stracił cierpliwość – a Wall Street Journal to głos i sumienie Wall Street i zbeształ prezydenta na opowiadanie głupot. To pokazuje poważną zmianę nastrojów.

Popęda: Tacy, kurwa, wyjątkowi

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA

Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Krzysztof Mazur

A Krytyka Polityczna nie popiera polityki monetarnej pompowania bańki kredytowej dla 'pobudzenia popytu' przez FED? Akcje rosną dzięki pompowaniu w banki pustego pieniądza przez panią Yellen mianowaną przez pana Obamę. To dobrze czy źle? Może Goldman Sachs oraz Krytyka Polityczna chcą tego samego i poza frazeologią się nie różnią? A to że Trump nic nie potrafi zrobić, to chyba dobrze, czy jednak źle? Mi się wydawało, że dobrze, ale może KP myśli inaczej?