Felieton

Ameryka leci na autopilocie [o książce „Fire and Fury” Michaela Wolffa]

„Fire and Fury” Michaela Wolffa

Na czym polega bezczelny geniusz Michaela Wolffa, autora ksiązki „Fire and Fury”? Na tym, że postanowił być dziennikarzem na miarę swoich czasów i na miarę dzisiejszej administracji USA.

Fire and Fury Michaela Wolffa stała się bestsellerem zanim oficjalnie pojawiła się na rynku. Część nadgorliwych, którzy zamówili ją online, z rozpędu kupiła wydane dekady temu opracowanie historyczne na temat drugiej wojny światowej – przypadkowo pod tym samym tytułem. Jak donoszą media, skromny kanadyjski historyk odnotował w tych dniach znaczne zwiększenie przychodów. Tymczasem papierowe nakłady książki Wolffa natychmiast zniknęły z księgarni i są w dodruku – marzenie każdego autora. Fire and Fury krążyło po Waszyngtonie w gorączkowo podsyłanym sobie PDF-ie.

Lektura nie tyle coś wnosi (bo większość tych newsów jest i była znana), co daje dużo plotkarskiej satysfakcji. Odwołuje się do naszych najgorszych czytelniczych instynktów. Pozwala nam żyć w Białym Domu w trybie reality show – i być może na tym polega bezczelny geniusz Wolffa, który postanowił być dziennikarzem na miarę swoich czasów i na miarę tej administracji. Tak jak Trump postanowił rządzić krajem za pomocą Twittera, tak Wolff postanowił wejść do Białego Domu tylnymi drzwiami (idiotycznie otwartymi na oścież) i zrobić interes życia, wykazując wielki tupet i nie wahając się przed licznymi nadużyciami. W pewnym sensie Wolff, sprzeniewierzając się wielu zasadom tradycji amerykańskiego dziennikarstwa politycznego, kontynuuje trumpowską wojną z mediami. Jego gawęda jest spontaniczna, niesprawdzona i rojąca się od błędów. Ale dobrze się czyta.

Fire and Fury potwierdza nasze najgłębsze lęki. Ameryka leci na autopilocie, jak stwierdziły w kontekście książki chłopaki z „Poda Save America”. Stanowi kwintesencję „cieknącego” Białego Domu a zarazem wyraz niekontrolowanej frustracji współpracowników Trumpa, którzy pozwolili Wolffowi w nieskończoność wygrzewać się na kanapie przed Gabinetem Owalnym. Bo tak właśnie Wolff zdobył większość swoich informacji – w wiecznym oczekiwaniu na Godota, czyli Steve’a Bannona, który – sami rozumiecie – spóźnia się którąś tam godzinę. How convenient. Słowem, maksymalny bajzel. Konsekwencja tego, że nikt, łącznie z Trumpem, nie spodziewał się wygranej w wyborach. Paradoksalnie jedyną osobą, która wierzyła w zwycięstwo Trumpa była podobno Melania, która nota bene wcale sobie tej wygranej nie życzyła. Reszta przeżyła szok i nagle musiała zmienić swoje plany. W przeciągu nocy takie rzeczy jak powiązania Flynna z Rosją stały się – z racjonalnych planów na lukratywną przyszłość – problemem. I tu wytłumaczenie Wolffa dla Russiagate – nikt się zasadami nie przejmował, bo nikt nie traktował tej kampanii poważnie.

No, ale stało się. I Donald nie miał innego wyjścia niż uwierzyć w swój własny geniusz i napełnić się optymizmem. Zadzwonić do starych kumpli i spróbować im rozdać najważniejsze stanowiska w kraju. Nie da się? Jak to? Rudy Giuliani nie przejdzie przez Kongres? Tom Barrack jest zbyt bogaty? Chris Christie wsadził do więzienia ojca Jareda Kushnera i Ivanka wolałaby jednak nie? Przecież bycie prezydentem (of the most powerful Nation on Earth) polega na robieniu tego, co się chce!! Jak James Comey, któremu Trump pozwolił zostać na stanowisku szefa FBI, może nie być na zawsze dozgonnie wdzięczny i spolegliwy? Nagle Trump czuje się oszukany. W dodatku Biały Dom w porównaniu z jego mieszkaniem w Wieży Trumpa to rudera. Prezydent nie chce, żeby dotykać jego szczotki do zębów. I jeśli rzucił koszulę na podłogę, to ta koszula ma tam zostać!

Ludzie Trumpa, po okresie dezorientacji wygraną szefa (cholera wie, może faktycznie jest jakimś pieprzonym geniuszem), musieli pogodzić się z twardą rzeczywistością. Oto mają w swoich rękach impulsywne dziecko, raczkującego Króla-Słońce, którego trzeba za wszelką cenę spacyfikować. Trudno powiedzieć dlatego ryczy – kolka? Albo może, sugeruje Wolff, mają tu na wpół szaloną Sybillę, której każde słowo trzeba odcyfrować i przełożyć na zrozumiałą mowę? To miała być domena Bannona, który odczytywał Trumpowi wyciągi z jego starych przemówień i twittów, żeby pomóc mu uporządkować jego własne poglądy. Bo Trump poglądów w sumie nie ma, po prostu nie starcza mu na nie czasu. Jest zbyt skupiony na sobie, na swoich magicznych mocach i kompleksach. Bo Donald Trump chce być kochany. Bardzo.

Jak Tumblr-lewica przegrała z South Park-prawicą

W rozgrywce o to, jak ocalić prezydenta przed nim samym, problemem stały się wewnętrzne tarcia. Mamy (mieliśmy) trzy obozy. Po pierwsze, populista Steve Bannon. Rozczochrany ideolog Trumpa, który faktycznie w duże mierze „połączył go z ludem” i jest odpowiedzialny za to zwycięstwo. Niedawno poleciał, chyba na dobre stawiając nas przed pytaniem o esencję trumpizmu i banonizmu. Po drugie, obóz rodzinny. Ivanka i Jared, w sumie demokraci, którzy – to faktycznie kąsek, jeśli wierzyć Wolffowi – już zdecydowali, kto będzie pierwszą prezydentką USA. Przytargali ze sobą stabilizującą siłę Wall Street – Gary Cohn i Dina Powell, ludzie z Goldman Sachs – problem w tym, że Wall Street to zaprzeczenie populizmu Bannona. Ale rodziny się nie wybiera, a Trump ma przecież umysł eklektyczny… W końcu trzecia frakcja, wynikająca z konieczności podpięcia się pod tradycyjny republikański establishment. Jej reprezentantem był obecnie zwolniony Reince Priebus, namiestnik spikera Paula Ryana i całego wzgórza kapitolińskiego. Mimo że Reince już nie pracuje, ta frakcja nadal odgrywa olbrzymią rolę – wyrazem tej unii jest reforma podatkowa z grudnia 2017.

Te obozy (teraz już niby dwa po wylocie Bannona) muszą jakoś zagospodarować uwagę prezydenta, który tak naprawdę chce być w łóżku z cheeseburgerem przed dwudziestą pierwszą, podglądać telewizję (trzy wielkie ekrany naprzeciwko wyra) i podzwonić po kumplach, żeby ponarzekać. Wolff sugeruje, że cieknący Biały Dom jest właśnie i przede wszystkim wynikiem tych nocnych rozmów z przyjaciółmi. Aha, Trump zamawia jedzenie z McDonalda, żeby nikt nie spróbował (za pośrednictwem kucharza) go otruć. Poza tym nie rozumie, dlaczego musi teraz spędzać mniej czasu na golfie. W dodatku problem z Trumpem polega na tym, że natychmiast przejmuje poglądy ostatniej osoby, z którą rozmawiał. Oczywiście na chwilę. Więc trzeba być z nim w stałym kontakcie. Just in case. Poza tym ma awersję do druku. Nie czyta nic, a już na pewno nie nudne prezydenckie briefingi lub też grubaśne ustawy, które podpisuje. Więc trzeba za niego czytać i pisać, podczas gdy on siedzi i opowiada o sobie w trzeciej osobie.

Suma summarum, książka Wolffa jest fascynującą lekturą na tej samej zasadzie jak 50 twarzy Greya. W sumie nic takiego, ale czytasz z wypiekami na twarzy, szukając „mocnych kawałków”. Których mało. Fajna szmira.

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Sądząc z opisu, literatura dla kucharek. W sam raz na horyzonty myślowe (?) lewicującej amerykańskiej inteligencji.

  2. Czyli możliwie, że całym planem, w ramach którego wyniesiono Donalda Trumpa na najwyższe stanowisko w Stanach Zjednoczonych, było po prostu przyspieszenie rozpadu dotychczas panującego imperium i na nowo rozegranie planszy. Cała jego strategia to bajzel, którym ma się zająć klasa dyskutancka, odciągając od tematów ważnych (chociaż faktycznie ryzykownym było przeciskanie nowej ustawy podatkowej, niemniej jednak wpisującej się w politykę ostatnich 40 niemal lat).

    Nowe rozdanie trwa.