Katarzyna Tubylewicz

Ustawa o książce: argumenty kontra tupet

Mówmy wreszcie o konkretach. Warto.

Trwająca dyskusja na temat wprowadzenia ustawy o jednolitej cenie książki wydaje mi się całkiem pasjonująca nie tylko dlatego, że sama jestem zwolenniczką tego rozwiązania, ale także z tego powodu, że to rodzaj papierka lakmusowego ujawniającego kilka społeczno-medialnych treści.

Żeby na wstępie rzecz jeszcze raz prosto wyjaśnić: istotą propozycji ustawy jest założenie, że książka to nie jest zwykły towar i dlatego należy jej się na rynku specjalne traktowanie.

Książka to jest taki byt, który poza wartością komercyjną ma też znacznie istotniejszą wartość kulturową. Niestety trudno o tym pamiętać, kiedy człowiek wchodzi do księgarń, w których głównym przekazem jest krzykliwa informacja o rabatach i przecenach. Książki przeceniane są od pierwszego dnia sprzedaży; nie wiadomo, jak wkradło się przekonanie, że kusić mają nas nie treścią, ale taniochą.

Legendarna wydawczyni Beata Stasińska w wywiadzie udzielonym Romanowi Pawłowskiemu zwraca uwagę, że literatura traktowana jest u nas jak towar wybrakowany. „Proszę pokazać nowy model samochodu, garnitur czy kieckę w pięciu różnych cenach w tym samym czasie, chwilę po wprowadzeniu tych produktów na rynek”, mówi i trafia w punkt, bo innych takich towarów po prostu nie ma. To tylko książki podlegają od pierwszego dnia sprzedaży wojnom rabatowym. Nieważne, że Olga Tokarczuk pracowała nad Księgami Jakubowymi osiem lat i wielu czytelników tyleż lat na tę książkę czekało (o czym świadczą tłumy na jej spotkaniach autorskich). I tak powieść ta od pierwszego dnia sprzedawana była po obniżonej cenie, jakby tylko zniżka mogła kogoś zachęcić do jej kupienia.

Inny spec od literatury, dyrektor Instytutu Książki Grzegorz Gauden, podkreśla, że mamy do czynienia z procesem postępującej oligopolizacji rynku książki. Jeżeli tego nie zatrzymamy, jeśli nie zaczniemy rynku regulować, zostanie na nim zaledwie kilku graczy.

Konkurowanie na przeceny wzmacnia sieciówki, ale jest zabójcze dla małych księgarń.

Dodać można, że wojny rabatowe prowadzą do sztucznego zawyżania cen książek (wydawnictwa proponują cenę, która uwzględnia konieczność natychmiastowego jej rabatowania), szkodzą samym wydawcom, którym coraz trudniej jest przewidzieć, ile zarobią na książce, i faktycznie uniemożliwiają transparentność relacji pisarz – wydawca.

W lobbing na rzecz ustawy włączyli się pisarze: Olga Tokarczuk, Zygmunt Miłoszewski, Sylwia Chutnik, Magdalena Parys, Remigiusz Grzela i wielu innych. Mający moc sprawczą politycy nie wydają się z kolei tą kwestią specjalnie podekscytowani. Nie od dziś wiadomo, że większość z nich żywi przekonanie, iż literatura i jej sytuacja to ostatni temat, który zainteresuje wyborców. Prowadzą więc swoje ożywione dialogi tematy na populistyczno-absurdalne.

Ustawa ma też swoich zagorzałych przeciwników. Na ogół są to osoby, które raczej nie zajmują się literaturą zawodowo, ale jako Poważni Publicyści W Odpowiednim Wieku znają się po trochu na wszystkim.

Nie szkodzi, że niezupełnie. Podstawowy argument brzmi: wolny rynek naszym Bogiem jest, nie powinno się go regulować. Potem pojawia się wiele dziwnych i niesprawdzonych argumentów (bo po co tracić czas na jakiś research) i powrót do argumentu żelaznego, że tylko wolny rynek, bo rynek musi być wolny.

Świadczy to na moje oko o kilku rzeczach. Po pierwsze o tym, że merytoryczna dyskusja nie jest możliwa w sytuacji, gdy jedna strona ma doświadczenie i argumenty, a druga jedynie neoliberalną mantrę oraz tupet. Po drugie wspomniany tupet musi być duży, skoro podejmuje się przykładowo próby udowodnienia pisarzom, którzy podpisują umowy z wydawnictwami, że nie mają pojęcia, jak wyliczane są ich honoraria. Po trzecie typowa może dla naszej strefy klimatycznej (bo już nie chce mi się pisać o mentalności) tendencja do prowadzenia czarno-białych dialogów nie sprzyja niuansowaniu i pogłębianiu tematu.

Może już czas, by w debacie o ustawie o jednolitej cenie książce skupić się na tym, co można by w niej jeszcze ewentualnie poprawić. Z pewnością warto zwiększyć rabaty na zakup książek dla bibliotek, bo w ten sposób ustawa będzie w większym stopniu wspierała promocję czytelnictwa. Proponowałabym też, aby stałą uczynić nie tylko cenę okładkową książki, ale także jej cenę hurtową. Tylko w ten sposób można wprowadzić większą jasność w rozliczenia pomiędzy autorem a wydawnictwem, bo obecnie coraz częściej zdarza się, że skromne procenty pisarza odliczane są od ceny hurtowej książki, ale po rabacie (jego wysokość jest oczywiście niemożliwa do prześledzenia).

Co można zrobić jeszcze, by ustawa o jednolitej cenie książki była jak najlepsza? Proponuję, żebyśmy przyjrzeli się uważnie tej propozycji i zabrali głos. Regulacja rynku przyniesie wiele korzyści, jeśli zostanie mądrze przeprowadzona. Mówmy o konkretach. Warto.

Katarzyna Tubylewicz pisarka, publicystka i tłumaczka. Wkrótce nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej ukaże się książka w redakcji jej i Agaty Diduszko-Zyglewskiej „Szwecja czyta. Polska czyta” na temat promocji czytelnictwa i rynku książki w Polsce i w Szwecji.

 

**Dziennik Opinii nr 183/2015 (967)

Bio

Katarzyna Tubylewicz

| Pisarka, publicystka
Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego (przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson i trylogię Jonasa Gardella o AIDS w Szwecji). Autorka powieści „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnia powieść Marcela”, współautorka głośnej antologii na temat czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska czyta”. W 2017 roku ukazała się jej nowa książka „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”, zbiór rozmów i reportaży o współczesnej Szwecji i wyzwaniach stojących przed społeczeństwem wielokulturowym. W latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Była też dyrektorką programową pierwszej edycji festiwalu Odnalezione w Tłumaczeniu, Gdańskie Spotkania Tłumaczy i prowadziła zajęcia na temat kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jako publicystka współpracuje z „Krytyką Polityczną" i „Gazetą Wyborczą”. Mieszka w Sztokholmie i w Warszawie. Od lat praktykuje jogę i jest jej nauczycielką. 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Bardzo do tej pory szanowałam (z nielicznymi wyjątkami) jakość publicystyki Krytyki Politycznej. Dlatego teraz nie potrafię powstrzymać oburzenia. Powyższy tekst jest pospolitą sofistyką, operującą argumentem typu "straw man". W tym przypadku argument brzmi: przeciwnicy ustawy o jednolitej cenie książki to amatorzy, którzy się nie znają, ale gardłują. A MY tu mamy prawdziwe argumenty. Otóż nie. Wśród przeciwników ustawy są nie tylko czytelnicy, ale również wydawcy i prawnicy, którzy ustawę dokładnie przeanalizowali. Na przykład:
https://geniuscreations.pl/aktualnosci/dobic-rynek-wydawniczy-czyli-jednolita-cena-ksiazki/

Czy w Polsce spada czytelnictwo czy tylko sprzedaż książek? W argumentacji stron tego sporu nie pojawia się bardzo ważny element polskiego rynku czytelniczego. Duża część nowych książek jest prawie natychmiast dostępna w formie elektronicznej w internecie za darmo. Czy manipulowanie ceną przez wydawnictwo zmniejszy czy też zwiększy ten proceder?